Między ustami a brzegiem pucharu

- -
- 100%
- +
Factotum 72 wyrosło73 jak spod ziemi.
– Pakować! Jutro jedziemy do Kolonii.
Wentzla czyn od myśli był bardzo niedaleko.
Nazajutrz ciocia Dora otrzymała przez lokaja wonny opoponaksem74 bilecik hrabiego:
„Ze skrwawionym sercem i rozdartą duszą odjeżdżam! Tak srogiego wyroku znieść nie jestem w stanie. Słowa cioci były płomieniem, co mi duszę oczyścił. Będę się uczył marzyć, działać i pokutować. Jeżeli nie wrócę więcej, to proszę mnie w swych modłach nie omijać. Odjeżdżam złamany, z rozpaczą w sercu.
Biedny Wentzel”.– Co to jest? – wrzasnęła staruszka. – Gdzie hrabia?
– Wyjechał dziś rano – oznajmił sługa.
– W którą stronę?
– Na stację kolei. Konie już wróciły.
– Oh, Herr Jesu! Okropność! Gdzie Urban?…
– I Urbana nie ma.
– Niech Fryc siodła! Pojedzie do majora. Dam mu list.
Goniec poleciał cwałem. Pod wieczór major się zjawił, cały wzburzony.
– Alle Wetter75! – klął na wstępie. – Cóż to znowu przystąpiło do tego junkra!
– Ach, majorze, straszny cios nas dotknął…
– Do rzeczy, do rzeczy! Krótko i węzłowato! Pani pewnie coś zmalowała nie w porę?
– Ale gdzież tam! – panna Dorota załamała ręce. – Przemówiłam do jego rozsądku i serca o naszej Emilci.
– No, a on co na to? Uciekł, der Schurke76.
– Uciekł dzisiaj, a wczoraj… a wczoraj…
– Cóż wczoraj?
– Wczoraj oświadczył się o mnie!
– Potztausend77! Zwariował! – huknął major, wytrzeszczając oczy.
– Zwariował – potwierdziła cicho jak tchnienie skonfundowana panna Dorota.
– A to nam się udało! Gdzież pojechał?
– Nie wiem! Straciłam głowę!
– W to wierzę, schwere Not78! A to kawał wisielca! Zostawił list może? Cóż tam stoi?
– Przeprasza, obiecuje poprawę i zmianę. Prosi o modły.
– Tfu! Może obiecuje do klasztoru wstąpić? Będzie się biczował w Biarritz przy hrabinie Aurorze! Halunke79!
– Majorze! Co za mowa nieprzystojna! Kto wie, kiedy dobre natchnienie ogarnie człowieka?
– Co mi pani bredzi! Wentzel urodził się na wisielca i będzie wisiał. Natchnienie… to mi się podoba. No, teraz go straciliśmy na wieki! Taki piękny projekt diabli wzięli. Mila się rozkochała, majątki graniczą, królewska fortuna! Czy ten błazen się kiedy nad czym zastanowi, porachuje, pomyśli sekundę porządnie! Wiatr i koniec. Traci zdrowie, młodość, fundusz! Kpi ze starych! Hej tam, lokaje! Posłać kogo na stację, niech spyta, dokąd hrabia brał bilet!…
Po godzinie masztalerz wrócił. Hrabia wziął bilet do Francji.
– A co! Oto i natchnienie! Poleciał hulać do Paryża – huczał w pasji bas majora.
– Dlaczego zawsze złe posądzenia? – przeczył dyszkancik cioci Dory.
– Bo są fakty.
– Może się zmienić.
W rezultacie rozjechali się w gniewie i zerwali stosunki.
Panna Dorota odczytywała co dzień list grzesznika i pracowała fantazją. Po miesiącu wypisała sobie klerykalną francuską gazetę i szukała pilnie, czy gdzie nie znajdzie wiadomości o kartuzach80 i nazwiska Wentzla w nowicjacie.
Z tego wynika, że wyobraźnia cioci Dory pracowała i za rozum, i za logikę, i za zdrowy sens. Umiała robić sto mil na godzinę. Ale o pięknym paniczu zaginęły wieści.
IV
W jednym z najszykowniejszych klubów berlińskich zebrało się pewnego wieczora na obiad grono wesołej młodzieży.
Była to jesień. Panicze zbierali się zaledwie – jeden z dóbr, drugi z wyścigów w Baden, trzeci z morskich kąpieli, inny z ferii parlamentu. Więc i rozmowa skakała z przedmiotu na przedmiot: wyścigowce, psy, ostatnia komedia, modna śpiewka, anegdota zakulisowa, scenka miłosna z podróży, trente et quarante81, głośna sprawa kryminalna. Każdy dorzucił słowo, dwuznacznik, żart; kielichy krążyły gęsto, po deserze zapalono cygara i papierosy. Michel von Schöneich, rozparty w rogu stołu, kręcąc wąsiki i uśmiechając się z dyskretną ironią, studiował kolegów przez szkła swych impertynenckich binokli. Przy uczcie grał zawsze rolę tureckiego pieprzu. Nazywano go nawet „Papryką”. Tego dnia był wyjątkowo lakoniczny – co zwróciło uwagę Herberta, który koncepty młodego dyplomaty zbierał starannie i nazajutrz produkował za własne.
Schöneich wiedział o tym i każdy swój żart zaczynał od słowa: „Herbert mówił…”, zwiększając jeszcze owym wstępem wesołość towarzystwa.
Herbert siedział naprzeciw, a obok niego średnich lat mężczyzna w marynarskim mundurze.
Był to szczęśliwy małżonek hrabiny Aurory Carolath, przybyły na krótki urlop z archipelagu Ladronów.
Małżeńska wizyta udała się niefortunnie. Żona dotąd bawiła w Biarritz: admiralski list i codzienne depesze nie robiły na niej żadnego wrażenia. Nie raczyła nawet odpisać.
Owych dwóch naprzeciw siebie oglądał Schöneich z miną amatora inwentarza. Nosili niezawodnie w jego myśli zoologiczne określenie.
– Czy ci braknie konceptu, Michel? – zagadnął ktoś z boku.
– Słucham, czy nie posłyszę wieści o Wentzlu. Przecie go ktoś z was musiał spotkać.
– Nie było go w Baden. Konie jego wzięły tam trzy nagrody.
– Zapraszałem go na polowanie… Żadnej odpowiedzi.
– Nie spotkałem go w Ostendzie.
Podniósł się chór głosów.
– Szczególne! Poleciał chyba na księżyc, bo i w domu panna Dorota go opłakuje.
– Jesteśmy obydwaj poszkodowani, panie baronie – wtrącił markotnie admirał. – Pan szuka przyjaciela, a ja się nie mogę żony doczekać…
„Uhm… te obie zguby pewnie się znalazły” – pomyślał Schöneich.
– To jednak osobliwość! – zawołał Herbert. – Przez cztery miesiące Wentzel nie zrobił głośnej awantury. Ani jednego pojedynku.
– Nikt go nie zaczepił z polskiej strony jak ja! – zaśmiał się Wilhelm Wertheim.
– Może się ożenił i święci miodowy miesiąc.
– To ostatnie nadzwyczaj prawdopodobne! – potwierdził szyderczo Schöneich.
Wszyscy wybuchnęli homerycznym śmiechem82.
– Może umarł?
– Pewnie pojechał do Konstantynopola!
– A może go pan, hrabio, spotkał na Ladronach?
Robiono coraz dziwaczniejsze przypuszczenia.
– A ja wiem, co się z nim stało! – ozwał się Herbert wydymając się jak paw.
– No, no, że też ty coś wiesz nowego! – szydził Schöneich.
– Przegrał zakład ze mną. Wstydzi się pokazać i żałuje „Scherza”.
– Jaki zakład?
– O piękną damę, kiedyś w teatrze.
– Aha, na wiosnę… Ta w opalach! Wiemy, wiemy. Znalazłeś ją? Słuchamy!
Herbert uśmiechnął się triumfująco. Wypił kieliszek wina, rozparł się jak basza i odchrząknął do narracji. Schöneich odchrząknął także.
– Było to w Ems…
W tej chwili za drzwiami rozległo się szastanie lokajów i głos rozkazujący.
– To dobrze. Otwieraj!
Herbert zamilkł. Na progu stał Wentzel Croy-Dülmen we własnej osobie.
– Prosit83 – Mahlzeit84! – powitał wesoło.
– Aaaa! – rozległo się na wszystkie tony.
Porwano się gromadnie z powitaniem. Dobry kwadrans krzyżowały się wykrzykniki, pytania, śmiechy, koncepty; potem usadowiono ulubieńca na honorowym miejscu i zaczął się formalny szturm ciekawości.
Schöneich rzucił binokle, oparł łokcie na stole, oglądał przyjaciela od stóp do głowy; sam nie badał, ale słuchał, obserwował, kiedy Wentzel kłamał czy prawdę mówił. Podrzucał co chwila nieznacznie jakiś dowcip.
Admirał pierwszy przyszedł do słowa.
– Czy nie spotkał pan przypadkiem mojej żony? – zagadnął naiwnie.
– I owszem. Miałem przyjemność podróżowania jednym pociągiem – odparł spokojnie.
– Czyż tylko jednym pociągiem? – zamruczał Schöneich.
– Jak to! Kiedyż pan wrócił?
– Przed godziną. Ledwiem się przebrał i rozmówił ze Sperlingiem, i oto jestem.
– Więc Aurora już jest?
– Jest i czeka na pana niecierpliwie.
– Uhm, niezawodnie! – burczał gdzieś w pobliżu niemiłosierny dowcipniś.
Admirał rzucił cygaro na obrus, zapomniał rękawiczek, nie wziął reszty z pieniędzy i wyleciał, ubierając się na schodach.
Za nim pogonił grad dowcipów.
– Pośpiech wart szczęśliwych rezultatów. Fregata zawija do portu w archipelagu Wysp Złodziejskich, po hiszpańsku Ladrony! – objaśniał serio baron.
Wentzel z miną niewiniątka spożywał obiad. Opadnięto go znowu na wyścigi.
– Coś porabiał tyle czasu? Można było podbić Europę!
– Objechać kraj cały! Napisać strategiczne dzieło!
– Posądzają, żeś się ożenił, żeś się sturczył, żeś umarł nawet!
– Lidia lada dzień…
– Co lada dzień? – przerwał niespokojnie.
– Lada dzień wypowie ci służbę. Urlop jej się sprzykrzył! – krzyczał Herbert.
– Czemuś nie przyjechał na polowanie?
– Znalazłem dziś zaproszenie na biurku.
– Gdzież ciebie szatan nosił?
Wentzel zaspokoił głód i pragnienie – zabrał głos.
– Byłem, koledzy, w srogich opałach. O mało mnie nie ożeniono.
– A to gdzie?
– Nad Renem.
– Pewno z Emilią Koop! – zawołał Schöneich.
– Naturalnie. Czy ciebie ciotka wtajemniczyła?
– Jakżeś się obronił?
– Uciekłem i schowałem się we Francji.
– Aha, żeglowałeś po admiralskim morzu!
– Broń Boże! Studiowałem naszych sąsiadów.
– Kierujesz się na ambasadora, wedle mojej rady. Winszuję.
– Nie, mam zamiar wydać dzieło statystyczne!
– O pięknych damach! No, no, te sąsiedzkie studia musiały cię słono kosztować.
– Ani grosza. Jeździłem od miasta do miasta, od domu do domu prywatnymi ekwipażami.
– W roli sąsiada?
– W roli stroiciela fortepianów. Czegóż się śmiejecie? Mein Wort85! Miałem kamerton i klucz.
– Cha, cha, cha! A toś im urządził instrumenty! Pyszny koncept! – śmiał się Herbert.
– Zostawiam ci go do dyspozycji w razie potrzeby.
– I twój Urban stroił fortepiany?
– Urban udawał, że ma niezawodny sposób wypędzania szczurów. Ladaco, jeszcze się obłowił. A ja przywiozłem trzysta franków cioci Dorze jako trofea mych trudów. Żebyście ją widzieli w tej chwili! Radziłem za ten kapitał nabyć chińskie dziecko!
– Gdzież się zjechałeś z admirałową?
– Po drodze, wypadkiem86. Mein Ehrenwort87!
– Chcemy wierzyć, chcemy! – kiwał głową Schöneich. – A wiesz, co się tymczasem stało z twym „Scherzem”?
– Pochwalił mi się dżokej, ledwiem wysiadł w domu. Wygrał 25 000 w Baden.
– Uhm?… To i koniec. Herbert dowodzi, że koń już jego.
– Jego? A to jakim sposobem?
– Znalazł piękną nieznajomą.
– Cooo?… Herbert! Potz Blitz88! Gdzie? Jak?
– Było to w Ems… – zaczął dumnie triumfator.
– W Ems?… Ty tam jeździłeś?…
– A tak. Towarzyszyłem pani…
– Mniejsza, komu towarzyszyłeś. Więc ta dama była w Ems na kuracji? Kto ona? Włoszka?…
– Ale gdzież tam! Poddana pruska z Poznania.
– Taak? Nie może być!
– Ależ niezawodnie. Czytałem w spisie gości…
– No, no, do rzeczy! Nie kłóćcie się. Polka czy Hotentotka, dość że kaducznie piękna! Wygrałeś zakład? Posiadłeś jej serce?
– Tak prędko?! Za wiele wymagasz!
– Dostałeś pocałunek?
– Nie, tak dalece…
– Uścisk dłoni, spojrzenie, obietnicę?
– Nie.
– Cóż pleciesz o wygranej?
– Bo jestem na drodze do wygranej. Znalazłem ją, wiem, jak się nazywa, gdzie mieszka; posłałem jej bukiet z cyklamenów…
– Który przyjęła?
– No, nie… odesłała…
– A to dopiero droga szczególna do wygranej! Jesteście obydwaj fryce89. Zabieram sobie „Scherza” i „Fingala”. Wentzel stroił fortepiany, a ty posyłałeś bukiety… nieprzyjęte. Istotnie, rezultat zdumiewający!
– Powoli, powoli, powoli Michel! – zawołał Croy-Dülmen. – Jeszcze termin nie upłynął. Niech Herbert powie, co zdziałał.
– Przecie już słyszałeś. Dostał figę.
– Dostałem fotografię! – pochwalił się właściciel „Fingala”.
– Pokaż, pokaż! – zawołali wszyscy.
Herbert dobył z pugilaresu ozdobną kartkę. Tak, była to ona, ta sama cudownie piękna dziewczyna o dumnych ustach i poważnych, głębokich oczach.
Schöneich z kolei wziął fotografię, obejrzał i ruszył ramionami.
– I takiej ty posyłasz bukiety? Przyznaj się, że i tę podobiznę kupiłeś u fotografa.
– A, no, prawda! Przecie nie mogłem prosić, bo…
– Boś jej głosu nie słyszał.
– Owszem, ale mówiła do swej towarzyszki.
– Więc była i eskorta?
– A jakże. Stara, okropna megiera w przeraźliwej żałobie. I panienka ubierała się czarno. Chodziłem za nimi jak cień i może wreszcie znalazłbym sposobność poznajomienia się, choć z trudem, bo ci Polacy trzymają się klanem, gdyby nie to…
– Że usłyszałeś impertynencje…
– A gdzież tam! Na domiar nieszczęścia pod koniec sezonu przyjechał do nich jakiś facet, jak siarka chłop, i nie odstąpił na krok.
– Pewnie narzeczony.
– Nie, krewny. Nazywali się po imieniu.
– No, więc ty go wyzwałeś i zabiłeś…
– Jakże, bez powodu? Dałem za wygraną i wyjechałem, ale mam plan obmyślony, niezawodny.
– Ciekawym usłyszeć ten twój plan pierworodny! – szydził Schöneich
Croy-Dülmen zrazu słuchał zawstydzony.
Herbert okazał się rozumniejszy od niego.
Była to hańba, skaza na opinii.
Ale w miarę opowiadania uspokoił się zupełnie. Przeciwnik, wedle wyrażenia barona Michała, zjadł mydło. Więc hrabia uśmiechnął się lekceważąco, sięgnął po ananas i począł go krajać na wety90. A Herbert roztaczał swój plan.
– Jadę do Poznania, kupuję w sąsiedztwie majątek i zaczynam starać według wszelkich form. W ostateczności gotówem91 się ożenić.
– Jeżeli cię zechcą! – mruknął Schöneich.
– Mnie?! – oburzył się magnat.
– Żebym był panną, to bym odmówił.
– Kto by tam tobie proponował!
– Możem nieładny, nieszykowny?
– Śliczny! – parsknął śmiechem Wentzel. – Jakże się wabi ta piękna Polka, Herbercie?
– Jadwiga.
– One wszystkie widocznie Jadwigi.
– Albo znasz więcej tego imienia?
– Moja matka była Jadwiga – mruknął niewyraźnie, spuszczając oczy nad talerzem.
– Nazwisko dzikie, trzeba się zakrztusić: Chrząstkowska…
– Jak? Co?
Hrabia upuścił nóż na stół: twarz jego wyrażała okropne zdumienie i komiczny przestrach.
– Chrząstkowska! – powtórzył Herbert, kalecząc niemiłosiernie wyraz i krzywiąc się, jakby jadł cytrynę.
– A ten młody, co jej towarzyszył, także Chrząstkowski?
– Zdaje mi się.
– Jan?
– Skądże mogę wiedzieć? Co tobie?
– Verflucht, verdammt92 – krzyknął hrabia, zrywając się na równe nogi. – Bywajcie zdrowi!
– Sfiksował! – wołał Schöneich.
Jak admirał, Wentzel nie wziął reszty; z paltotem dogonił go lokaj na schodach; kapelusza zapomniał. Jak szalony wyleciał na ulicę.
Taranty stały przed bramą. Skoczył do karety.
– Do pana Sperligna! Galopem!
Konie pognały jak wicher, krzesząc iskry z kamieni; latarnie migały jak błędne ogniki, stangret bezustannie krzyczał: „baczność!” – policjanci daremnie wołali – konie niosły aż na drugi koniec miasta, gdzie mieszkał plenipotent hrabiego, młody jurysta93, kolega z uniwersytetu.
Wentzel wyskoczył w biegu, zginął w bramie.
– Jest pan Sperling? – spytał szwajcara.
– Nie wychodził, a może nie wrócił.
– Cóżeś robił, słomiana lalko? – zawołał panicz groźnie i ruszył na schody, skacząc po cztery stopnie.
Od urodzenia tak się nie zmęczył i od urodzenia nie odwiedzał plenipotentów – dawał audiencje u siebie w pałacu. Toteż, gdy zadzwonił – Sperling, otwierający zamiast lokaja, aż się cofnął z podziwu.
– Pan hrabia? Co się stało?
– Gdzie listy, któreś ode mnie zabrał?
– Są u mnie.
– Pokaż ten z dzikim podpisem, z Poznania, gdzie pytają o metrykę mej matki.
– Zaraz, proszę do gabinetu.
Weszli do izdebki, zawalonej foliałami94; przy biurku pisała młoda kobieta.
– Moja żona, hrabia Croy-Dülmen – przedstawił adwokat, a potem, zwracając się do niej, spytał:
– Gdzie są listy hrabiego, Lili?
Kobieta w milczeniu podała pakiet, skłoniła się i wyszła.
Sperling przerzucił zwitek, Wentzel targał wąsy. Nareszcie znaleziono kwestionowany95 list. Nosił adres pałacu Pod Lipami i pisany był złą niemczyzną. Hrabia go znalazł w stosie innych na biurku, odczytał, a ponieważ był w interesie prawnym, polecił odpowiedzieć Sperlingowi. Teraz porwał go gorączkowo i przeczytał raz, drugi; zawierał, co następuje:
„Szanowny Panie! W imieniu pani Tekli Ostrowskiej udaję się do niego w następującym interesie. Po zgonie śp. Wacława Ostrowskiego, w maju bieżącego roku, potrzebne są dla formalności prawnych spadkowych: metryka i świadectwo ślubu i zgonu śp. Jadwigi Ostrowskiej hrabiny Croy-Dülmen, o które to papiery w kopii ośmielam się upraszać. Na koszta stemplowe i pocztowe załączam 25 marek ufając, że Szanowny Pan drobnej tej prośbie nie odmówi.
Przy czym pozostaję z należnym szacunkiem
Jan Chrząstkowski.Adres mój następujący: Provinz Posen, poczta Braniszcze, majątek Mariampol”.
Wentzel przetarł oczy i powtórzył półgłosem:
– Chrząstkowski, Chrząstkowski! – potem spojrzał na Sperlinga i spytał – Aleś jeszcze nie odpisał, sądzę?
– Owszem. Nie odkładam nigdy do jutra.
– Człowieku! I cóżeś odpisał?
– Co pan hrabia polecił: że nie ma ani czasu, ani ochoty na szperanie w dokumentach, a papierów po matce nie wie nawet gdzie szukać; dawno je darował szczurom.
– Donner und Blitz96! Czarno na białym… Taka monstrualna obraza! Czyś zwariował?
– Nie ja, panie hrabio – rzekł z ukłonem jurysta.
– I list poszedł?
– Przed godziną.
Wentzel garściami wziął się za włosy.
– Trzeba go wycofać!
– Poczta nie wydaje.
– Zum Kuckuck97 poczta! Ja ją własnymi rękami podpalę, byle ten nieszczęsny list zatrzymać. Prędzej, bierz kapelusz, jedźmy.
I stała się rzecz niesłychana: Wentzel, patriota i zapaleniec pruski, klął tego wieczora zarząd niemiecki, złajał od „lumpów” urzędników pocztowych, groził pobiciem starszemu, proponował łapówki – i nareszcie około północy znalazł się w kancelarii cyrkułu98, oskarżony o naruszenie porządku, o gwałt, o nieposzanowanie przepisów, o obraźliwe słowa i ruchy.
Sperling dawno był uciekł. Bojąc się awantury i rozgłosu młody człowiek uznał się winnym, zapłacił sto marek kary i został przez żandarmów odprowadzony do karety.
Postawił jednak na swoim: list Sperlinga miał w kieszeni – okazał się mocniejszym nad rygor pruski.
Nazajutrz ciocia Dora wracała wcześniej z rannej mszy rozpromieniona powrotem wychowańca. Radość przy spotkaniu z nim zagłuszyła dawny żal, zawód i słuszne oburzenie. Przyjęła go zgodnie z parabolą99 o synu marnotrawnym.
Powóz jej wyminął przy bramie inny. Był to wolant hrabiego – a dalej dorożka, przy której krzątał się Urban, ładując walizy.
Cioci Dorze zastygła krew w żyłach.
– Co ty robisz? – spytała lokaja.
Nim zdołał odpowiedzieć, hrabia się zjawił w paltocie i kapeluszu, nakładając rękawiczki.
– A, ciocia wraca od św. Jadwigi! – zagadnął wesoło. – Dzień dobry!
– Co to jest? Gdzie ty jedziesz?
– Ja jadę do św. Jadwigi!
– Do kościoła? Z rzeczami?!
– Uhm, myślę odprawiać tam rekolekcje!
– Co ty gadasz! Takie nieładne żarty! Mów prawdę. Kiedy wrócisz?
– Po rekolekcjach. Do widzenia! Czy kupiła już ciocia chińskie dziecko?
– Pfe! Dorosły człowiek, a błaznuje jak łobuz! Jesteś źle wychowany!
– No, to mi ciocia pierwsza mówi w życiu! Ach! Ja nieszczęśliwy! Czyż nigdy nie znajdę łaski w cioci oczach? To mnie do grobu wpędzi!
Załamał ręce ruchem teatralnego kochanka. Panna Dorota zakryła twarz aksamitnym modlitewnikiem i podreptała szybko na górę.
– Marsch100! – zakomenderował hrabia stangretowi.
Wolant wytoczył się na ulicę i popędził na dworzec kolei.
Wentzel był tak zajęty, że nawet nie spojrzał w okna hrabiny Aurory. Co prawda, nie ciekawy był zobaczyć admirała.
V
Z pomocą karty geograficznej odnalazł Croy-Dülmen miejscowość Braniszcze.
Była to duża wieś o dziesięć wiorst od kolei żelaznej, przerżnięta szosą i posiadająca pocztę, telegraf, doktora, aptekę, szkółkę i oberżę „Pod Smokiem”.
Do owej tedy oberży w ulewny deszcz, odkrytą kariolką bez resorów, zajechał pewnego wieczora panicz berliński z nieodłącznym Urbanem, obydwaj zziębnięci, potłuczeni i w szkaradnych humorach. Lokaj przez uszanowanie milczał, hrabia klął. Istotnie, ciężka to była wyprawa.
Blichtr niemiecki ginął o parę kroków za plantem101 kolei – dalej leżał kraj obcy, nieprzyjaźni ludzie, nieznane stosunki, niezrozumiały język.
Zaborcy skaleczyli mowę miejscową, a nie nauczyli swojej – z tego stworzył się żargon, którego ani rodowity Niemiec, ani Polak z innych stron nie potrafiłby zrozumieć. Był to bigos słowiańsko-germański, przeraźliwy.
W oberży gospodarz powitał dostojnego gościa tysiącem ukłonów; należał do jakiejś nieokreślonej rasy, wyrażał się jak krowa po hiszpańsku.
„To dopiero Metys polsko-pruski!” – pomyślał Wentzel wzgardliwie.
Dnia tego nie można było myśleć o dalszej podróży. Rozgościł się w najlepszej izbie, zjadł kolację i legł spać, zdając bezpieczeństwo swej osoby i mienia w ręce wiernego Urbana.
Gdy się obudził, na świecie było południe.
Bolały go członki od twardej pościeli, a głowa od mocnej woni siana; przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje.
– Urban! – zawołał.
Drzwi się otwarły, w promieniach światła ukazała się wypomadowana, uczesana modnie głowa lokaja.
– Was gibt's102 – ziewnął Croy-Dülmen.
Sługa tempem żołnierskim przymaszerował aż do łóżka, wyprężył się jak struna i wyraportował jednym tchem:
– Gut Mariampol; Besitzerin Wohlgeborene Frau Thekla von Ostrowska; liegt ungefähr zwei Meilen nach Osten103!
– Głupiś ze swoim Osten! Nająłeś konie?
– Pocztę, jasny panie.
– To dobrze. Będę wstawał.
Urban przyjął tę wiadomość głębokim ukłonem i zamilkł, zajęty toaletą pańską.
Nie odzywał się nigdy niezapytany.
A Wentzel stroił się jak na królewskie salony, z całą starannością kobiecego ulubieńca i wytwornego eleganta.
– Gdzieś dostał wiadomość? – zagadnął. – Któż tu rozumie po ludzku?
– Poczthalter104, jasny panie, jedyny cywilizowany człowiek. Ein echter Preusse105!
– Pani Ostrowska sama mieszka?
– Po śmierci męża mieszka przy niej panienka, sąsiadka, Fräulein von Żonżoska, której brat, Herr von Żonżoski, zarządza majątkiem i interesami.
– Cóż o nich wszystkich mówi poczthalter?
Urban pozwolił sobie na gest oburzenia.
– Schauderhafte Geschichten106! Niemców tam nie puszczają na dziedziniec, nie przyjmują na służbę. Stara pani nie przyjmuje nikogo, kto ich językiem nie mówi, a pan Żonżoski przestrzelił sobie umyślnie prawą rękę, żeby nie służyć w armii naszej.
– Ho, ho! Scewola107! – mruknął Wentzel. – Daj perfum. A o panience nic nie mówił?
– Panienka jest okropnie dumna! Sie ist verlobt mit Herrn von Glembocki aus Struka108.
– Masz zdumiewającą pamięć. Tymi nazwiskami można język połamać. No, daj mi tu kawy i każ konie zakładać.
Urban zwrócił się na pięcie i zniknął.
W godzinę potem Wentzel siedział na bryczce pocztowej i rozglądał się ciekawie dokoła. Okolica była płaska, piaszczysta, starannie uprawna, przerżnięta siecią dróg i strumyków. Wsie tylko brudne, nieporządne, stanowiły smutny kontrast z osadami Niemców rozrzuconymi tu i ówdzie. Wzdłuż gościńca dwory stały z rzadka jak baszty samotne, ciche, zamyślone zda się, w wieńcu włoskich topoli. Istotnie, były to bastiony zdobytej fortecy. Ona sama kruszyła się i rozpadała w ruinę pod naciskiem zdobywcy: wieżyce stały, patrząc z góry na zniszczenie i zgubę – zachowały jeszcze na swym czole starą wiarę, starą krzepkość i starą tradycję. Zdobywca obchodził je, czekając cierpliwie na czas i na wewnętrzną niezgodę. Na moralną siłę i opór nie było materialnego sposobu.
Hrabia spytał o nazwę pierwszego dworu, ale pocztylion odwrócił się, popatrzał nań i zaśmiał się, trzęsąc przecząco swą płową sarmacką czupryną.
– Nikiej nie rozumiem, wielmożny panie! – rzekł.
– Ciekawym, jak się poczthalter z nim porozumiewa – mruknął Niemiec, a Urban na koźle zawyrokował:
– Polnisches Vieh109!
Chłopak musiał to słyszeć nieraz z ust swego chlebodawcy, bo błysnął w stronę lokaja wilczym spojrzeniem i odparł zajadle:
– Bodaj cię kolki rozparły, szwabska pokrako!
Do jednego wreszcie dworu zawrócił Mazur po parogodzinnej jeździe. Skręcił z gościńca w topolową wysadę, śmignął biczyskiem po szkapach, przytknął trąbkę do ust i oznajmił gości wesołą pobudką. Po murowanym moście wpadli na dziedziniec, objechali galopem trawnik usiany gęsto krzewami i po brukowanym podjeździe dotarli do drzwi wchodowych110.



